Strona:Helena Mniszek-Ordynat Michorowski.pdf/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A! z przyjemnością witam przedstawiciela rodu Michorowskich — rzekł z emfazą. Wszak głębowicka linja?...
— Nie, hrabio, tylko czerczyńska — odrzekł Bodzio.
— To, to samo, to samo. Znam, znam ordynata! Działacz, społecznik! A pan tu zapewne lekko praktykuje? — dodał hrabia z figlarnym grymasem porozumiewawczym.
— O tak! Naturalnie! — wyręczył Bodzia w odpowiedzi sam książę Poniecki.
Bohdan się zmieszał. Może nie przyznałby, że właściwie jest oficjalistą, lecz interwencja księcia i jego uśmiech pobłażliwy zirytowały go. Odparł dość szorstko.
— Przeciwnie, hrabio, pracuję na chleb bo... muszę. Praktykantem nie jestem.
Księstwo i hrabia stropili się nieco, ale koledzy Bodzia spojrzeli na niego z uznaniem i to było mu nagrodą za dużą przykrość.
Wszedł nowy gość, zamożny obywatel. Witał zebranych z uprzejmą serdecznością bez wyjątków. Przemawiał tak samo do księcia jak i do Holewicza, jedynie z uwzględnieniem dla tytułu Ponieckiego. Hrabiemu radośnie podał prawicę.
— A! kochany sąsiad! Moje uszanowanie.
— Witam mego plan... ta... tora — wycedził hrabia mniej gorąco oraz mniej żarliwie wstrząsnął ręką obywatela.
— Cóż to za tytuł? — spytał cicho Bohdan Holewicza.
— A to, widzi pan, ten obywatel plantuje buraki do cukrowni hrabiego, hrabia zaś korzystając z sytuacji, nigdy go inaczej nie nazywa, jak tylko plantatorem. To także rodzaj wyższości.
Bodzio odczuł ironję w głosie Holewicza, ale i sam skrzywił nos.
Przez cały czas rozmowy hrabia istotnie przemawiał do obywatela zawsze z tym samym tytułem. Obywatel marszczył się, było mu przykro, ale na tem poprzestawał.
Panowie z administracji prędko sami zrozumieli, że czas się wycofać, zaczęli się żegnać. Księżna wobec wszystkich zwróciła się nagle do Holewicza. Minę miała nieobiecującą.
— Czy to pan pisał do hrabiego Borelskiego, mego ojca, list w kwestji gorzelni?
— Tak, proszę księżnej pani.
— A to szczególne! Wie pan, że podziwialiśmy w Bełcianach ten list. To list wprost koncertowy, niesłychany.
Holewicz odczuł niewyraźną jeszcze kompromitację.
— Dlaczego, proszę księżnej pani? — spytał głosem niepewnym.