Strona:Helena Mniszek-Ordynat Michorowski.pdf/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Bohdan zaciął wargi. Doznał jakby uderzenia w twarz.
— Z Jarów.
— Jak godność?... — indagował dalej Wyroczyński, nie zbliżając się i nie wyjmując rąk z kieszeni.
— Mi...o...ski — wykrztusił Bodzio, dusząc się z gniewu.
— Czy z rachunkami od Holewicza?
— Tak.
Wyroczyński wyciągnął rękę po papiery.
Michorowski rachunków szukał długo, trzęsąc się z oburzenia palce latały mu niesfornie, krew opływała go burzą płomieni.
— Proszę prędzej, prędzej! — nalegał obywatel.
Bohdan wydobył papiery z portfelu i chciał rzucić je Wyroczyńskiemu, plunąć i natychmiast wyjechać. Ale zadziwiającą siłą woli opanował się. Wzgarda mu dopomogła. Spokojnie wręczył paczkę wraz z listem tłustemu jegomości, tylko rękę cofnął prędko, jakby jej nie ufając.
Wyroczyński dostrzegł gwałtowny ruch, spojrzał przelotnie na wzburzoną twarz młodzieńca.
— Proszę poczekać tu — rzekł wyniośle.
Zrobił dłonią ruch, wyraźnie wskazujący miejsce przy drzwiach w progu.
Bohdan, jak ryś, rzucił się całą figurą naprzód, lecz się wstrzymał. Zacisnął zęby, aż zgrzytnęły.
Wyroczyński już tego nie widział, szedł do biurka, obrócony plecami. Usiadł na wspaniałym fotelu, rozparł się, założył grube nogi jedną na drugą i bogatym nożem wolno rozcinał kopertę.
Bohdan pozostał przy drzwiach, zupełnie zapomniany.
Wrzało w nim. Roztargane nerwy waliły w pulsach, niby huk raz po raz padających piorunów. Przechodził piekielne katusze zniewagi, mękę zduszonej w sobie dumy. Ale krzepił się ironją, ona była mu teraz siostrą miłosierdzia. Stał ogłuszony przez krótki moment. Poczem podniósł głowę i śmiało, wyzywająco patrzał na pękatą postać rozwaloną przy biurku. Lewą rękę zaczepił o guzik od kamizelki, w prawej miętosił rękawiczki, rwąc ich skórę z pasją.
Trzymał się na wodzy, drżał, ale czekał.
Nagle Wyroczyński zdjął jedną nogę z drugiej i ociężale, jednak prędko, powstał. List trzymał otwarty, twarz wielka, lśniąca rozszerzyła się zakłopotanym, lecz bardzo uprzejmym, niemal pokornym uśmiechem. Szedł do Bohdana, rozłożywszy ręce.