Strona:Hektor Malot - Bez rodziny.pdf/38

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.
    —   32   —

    Nadeszła godzina, w której je miałem otrzymać.
    Gdzież był ten upragniony skład, który miał mi takowych dostarczyć?
    Tego składu wszędzie upatrywałem. — Wzrok mój nie spoczął nawet na wieżach, gotyckich budowlach i kolumnach miasta.
    W pamięci mojej pozostało tylko wspomnienie ciemnego i zadymionego składu, położonego przy halach targowych. W oknie wystawnem tego składu znajdowały się stare fuzje, ubrania z galonami i srebrnemi epoletami, stare żelazo, zwłaszcza kłódki i zardzewiałe gwoździe.
    — Jakto, — pomyślałem, — czyżby w tem strasznem miejscu miały się znajdować przyobiecane mi przez Witalisa buciki?
    Ale Witalis wiedział, co czyni i wkrótce spełniły się moje marzenia. Obułem buciki, podkute gwoździami, które dziesięć razy cięższe były od moich drewniaków.
    Ale wspaniałomyślność mego mistrza była niewyczerpaną.
    Prócz bucików kupił mi niebieską kamizelkę i kaftan aksamitny, wełniane spodzienki i kapelusz pilśniowy.
    Miałem więc nosić rzeczy aksamitne, ja, który dotąd tylko zgrzebne płótno nosiłem! Prócz tego miałem buciki, oraz kapelusz, ja, który dotąd w drewniakach chodziłem, a na głowie tylko własną czuprynę posiadałem! Stanowczo mistrz mój był najlepszym, najwspaniałomyślniejszym i najbogatszym człowiekiem na świecie.
    Spieszno mi było z przywdzianiem tych rzeczy na siebie, lecz Witalis zmienił je do niepoznania ku memu wielkiemu, a przykremu zdziwieniu.
    Wchodząc do oberży, wyjął nożyce ze swego worka i uciął po kolana obie nogawki u moich spodzienek.
    Patrzałem na niego wytrzeszczonemi ze zdziwienia oczyma.