Strona:Hanns Heinz Ewers - Opętani.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wydłużały się, wydłużały się wciąż cienie, widział niemal jak rosną. A z ich wydłużaniem się rosła jego odwaga. I oto odważył się; zamknął usta. Nie słyszał nic. Opuścił ręce.
Nie.
Cicho, wokół cicho. Ale jeszcze stał, czekał, wśród ukrywujących go gałęzi.
W tem usłyszał kroki... Blisko — — bliżej — — tuż, nieopodal...
I ujrzał, w ostatnich promieniach zachodzącego krwawo słońca, idącego hrabiego Wincentego d’Ault-Onival. Nie śmiał on się już, ale na jego stężałem obliczu rozpostarł się jedyny tylko, przesadnie wyrażający zadowolenie, grymas. Tak, jakby mu się udał jakiś przedziwny, niebywały dowcip.
Silnym, mocnym krokiem szedł on drogą, w wysoko wzniesionych rękach dzieżąc ciężką, czerwoną urnę. Niósł on do grobowca swych praojców resztki swej wielkiej miłości.