Strona:Hanns Heinz Ewers - Opętani.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Nie sądzę, aby kiedykolwiek z tego powodu gorycz przepoiła uczucia tego filozofa; przeciwnie, mogło mu się stać przeświadczenie o swojej własnej wyższości, źródłem radosnego zadośćuczynienia. Platforma, jaką stworzył sobie z biegiem lat w swym stosunku z Europejczykami, była bardzo pojedyńczą: nie odsuwał się od nich o ile możności, lecz traktował ich pobłażliwie, z całem przekonaniem równości. Tylko do domu, ukrytego pod kańciastem, żółtem czołem, nie pozwalał wglądać nikomu, a jeśli go mnie czasami otwierał, to pochodziło to z przywiązania, które niemal egzystowało od dziecięctwa jego, a które moje żywe zainteresowanie się jego sztuką ciągle podtrzymywało.
Takim był Hong-Dok. Ani na chwilę nie mogło go poruszyć, jeśli jego żony zadawały sie z chińskim tłumaczem, lub indyjskim bojem. Gdyby te małe ekstrawagancye wydały jakie skutki, to kazał by Hong-Dok po prostu dzieci potopić, ale nie z nienawiści lub zemsty, tylko ot tak, jak się topi małe szczenięta — — jeżeli ich się nie potrzebuje. I gdyby był kadet, gdy się mu Ot-Chen spodobała, poprosił Hong-Doka, by mu ją darował, z pewnością byłby to uczynił.
Ale kadet marynarki wszedł do jego domu jako pan — a wziął mu jego żonę jak parobek. Już pierwszego wieczora zauważył Hong-Dok, że legionista wyciętym jest ze szlachetniejszego drzewa, aniżeli większość jego kolegów; poznałem to z tego, że wobec niego wyszedł on nieco z swej grzecznej rezerwy. A w dalszem pożyciu towarzyskiem — zaokrąglam to wszystko — traktować będzie kadet znów Hong-Doka, jak traktuje właściciel zamku w Niemczech równego sobie, jeśli mu się podoba jego żona. Dopuścił do gry cały rejestr swych uprzejmości i udało mu się rzeczywiście Hong-Doka tak