Strona:Hanns Heinz Ewers - Opętani.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Tego wieczora długo czekałem na Edgarda Widerholda. Leżałem na szezlongu, a boj poza mną zwolna poruszał wachlarzem. Stary ma tamilijskich bojów, którzy tu za nim w swoim czasie przybyli. I ich synowie i wnuki. Jego boje są dobrzy; wiedzą, jak nam usługiwać należy.
— Idź, Dewla, powiedz twemu panu, że czekam.
— Atja, Sahib. — Bez szmeru wysunął się. Leżałem na terasie i marzyłem patrząc na Jasną Rzekę. Przed godziną rozeszły się wiszące od tygodnia chmury, od godziny nie padał już więcej mdły deszcz. A wieczorne słońce rzucało szerokie pasma promieni na fioletowe mgły tonkińskie.
Na dole kołysały się dżunki, przebudziwszy się znów do życia. Ludzie powyłazili z chat, i okrągłemi szuflami, oraz tamaryndowemi szczotkami usuwali wodę, osuszali i czyścili sampan. A nikt z nich nie mówił; cicho, nie zwracając na siebie uwagi pracowali; zaledwie cichutki szmer przedostawał się do liści i poręczy terasy. Duża dżunka przepłynęła, wypełniona szczelnie legionistami. Skinąłem ręką, witając, ku oficerom leżącym na samponie, podziękowali smutnie. Woleliby z pewnością siedzieć wraz ze mną na obszernej werandzie Edgarda Widerholda Bungalowa, aniżeli płynąć, dniami całymi, tygodniami wśród gorącego deszczu do ich nędznej stacyi. — Policzyłem — przynajmniej piętnastu legionistów było na dżunce. Za-