Strona:Hanns Heinz Ewers - Opętani.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mnie przejmował, gdy palce moje grzęzły w miękiem mięsie. Nie, nie, tak być nie może — — — rzuciłem pakunek precz w las. Już było dobrze ciemno, gdy dostałem się na górę. Udałem się do sypialni, umyłem ręce. Potem rzuciłem się na łóżko.
Wtem nagle, nie wiem, jak się to stało, znalazłem się w drzwiach od kuchni. Służba mijała mnie, lecz nikt mnie nie widział. Nadszedł Kochfisch, zawołałem do niego, ale on nie słyszał. Podszedł do ogniska i począł coś mówić do damy, która tam stała.
Na patelni leżał kotlet i smażył się. A ona zawołała na kucharkę, by przyniosła śmietany, aby sos zrobić. — Tą damą — — byłem ja.
Strona 982. — Tuż w dalszym ciągu. Pismo kobiece.
O nie, mój panie, tą damą tam to ja byłam! Tak jako nią teraz jestem, która tu siedzi i pisze. Nie mam z panem nic a nic wspólnego, chociaź natura dopuściła się dowcipu, by mnie z panem zamknąć w jednem ciele. Nie mam żadnej pretensyi do tego ciała, wtedy, gdy do pana należy; ale proszę również respektować me prawa, gdy ja je zamieszkuję. Jeżeli pan znów za mną chodzić będziesz, jak to było wczoraj wieczorem w kuchni, znów mnie podsłuchiwać, mnie podglądać — to proszę przytem pamiętać, że ja jestem — a pan nie jesteś! Pan mnie widzi, wszyscy mnie widzą; każdy, kto mi rękę podaje, czuję ją. Ale ja pana nie widzę; i nikt pana nie widzi i nikt pana odczuwać nie może. Czemże więc pan jesteś? Mniej aniżeli cień mego w lustrze odbicia!
Byłeś pan kiedyś, kiedy ja nie byłam. A gdy potem przyszłam, ciągle się mnie wypierałeś, wypędzałeś mnie, wypalałeś ogniem najmniejsze o mnie wspomnienie. Tak, mój panie baronie, nie trudziłeś się wcale, by być szarmantem wobec damy, która panu — jak by to powiedzieć —