Strona:Hanns Heinz Ewers - Opętani.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Czy to ten walący się zamek ze swymi szarymi lasami wywiera jakiś wpływ na mnie? Wtedy nie byłem niczem, ani mężczyzną, ani kobietą. A może oboje razem — a ja spałem tylko. Potem jednak, przez całe dwadzieścia lat, byłem mężczyzną, mężczyzną, który czasem tylko kobiecie ustępował miejsca swego. Ale zawsze byłem tylko jednem: mężczyzną lub kobietą. Teraz jednak od czasu gdy jestem na zamku, zdaje się być wszystko przekręconem: jestem mężczyzną i kobietą — i to niemal równocześnie. Siedzę tu w wysokich butach, palę moją krótką fajeczkę, piszę swem szerokiem, wyraźnem pismem w tej książce. Wracam z rannej przejazdki konnej, szczułem moimi chartami zające.
Odwracam dwie kartki wstecz — a oto pisałem wczoraj o tym samym czasie ręką kobiecą pełną afektacyi. Siedziałam tu przy oknie, w sukniach kobiecych, u mych nóg leżała lutnia, przy której właśnie przed chwilką śpiewałem. Zdaje mi się, że jestem muzykalnym, gdy jestem kobietą — oto tu napisana pieśń, którą skomponowałem, podłożyłem pod nią melodyę i śpiewałem: — Sny wśród buków.
Sny wśród buków! To do urwania głowy! Boże na niebie, jakże nienawidzę tej sentymentalnej dziewki! Gdybyż się znalazł indek, aby wypędzić tego wstrętnego tasiemca!
Strona 980. Pismo barona.
Wczoraj wieczorem byłem we wsi, na dole. Kochfisch zajęty był na leśniczówce i prosił mnie, abym Böllinga, rzeźnika, gdy będę obok niego przejeżdżał, nabeształ z powodu złego mięsia, jakie nam dostarczył ostatniego tygodnia.
Pojechałem do rzeźnika. Zapadał zmrok gdy doń przybyłem. Zawołałem, ale nikt nie wyszedł do drzwi. Wtedy zawołałem jeszcze raz, i oto wystawiła świnia łeb przez okno. W końcu zsiadłem z konia, otworzyłem drzwi i wszedłem do sklepu. Nie było tam nikogo, tylko wielki