Strona:Hanns Heinz Ewers - Opętani.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ciało. Raz natrafia na kość, wtedy ostrze się zgina i wypryska jej z ręki. Kobieta zgrzyta zębami, a zwierzę drży i beczy.
Tłum zrozumiał teraz wspaniałość dowcipu, — śmieje się, wije się wśród rechotu.
Jedna z otyłych Tereadoras przynosi nową szpadę; ale nie chce jej dać Espadadamie, tylko sama uderzyć. Ta chwyta i wydziera jej szpadę, wtedy ta druga podnosi zgięte ostrze z ziemi — i obie pędzą do bydlęcia. A oto znów inna, chuda jak szkielet, ta która włada okrągłym sztyletem, by konającym koniom lub bykom zadawać ostatni cios z łaski w mózg, nie mogąc się powstrzymać, wyrywa z pochwy obrzydliwą broń.
Wszystkie trzy przyskakują do zwierzęcia. Nie celują już więcej, uderzają, uderzają. Ślina spływa po ich ubarwionych na czerwono wargach, czarna krew tryska, wciąż na nowo, na ich wyszycia złote i srebrne flitry. Bydle stoi jeszcze, nieruchome, beczące, wylewając krew tysiącem ran. One ciągną go za ogon, kłują od spodu jego ciało. A sucha przybiega z swym sztyletem — podnosi — potem, w dół — w jedno, w drugie oko.
Zwierzę nie żyje, ale kobiety mordują je dalej. Klęczą, leżą na zdechłem zwierzęciu, rozrywają na sztuki. Consuelo da Llarios y Bobadilla rozrywa mu nozdrza, wbija klingę aż do rękojeści.
Meksykanie skrzeczą, pękają niemal ze śmiechu. Taki dowcip, taki wspaniały dowcip! A szef policyi nadyma się, puszy się z powodu swego niebywale politycznego postępku, zaciera ręce ponad kołdunem, i bawi się potężnymi brylantami u gorsu koszuli. Skinął potem ku muzyce: — Uderzyć w trąby! Nowe cielę do areny! —
Wtem ujrzałem że madame Baker podniosła się z swego krzesła. Postąpiła jak najbliżej do loży sąsied-