Strona:Gustaw Meyrink - Golem.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dzisz, drogi przyjacielu! Bardzo prosta, nazbyt prostą rzeczą byłoby w takim razie zbawienie świata. Albo może pan w to nie wierzy?
„Alboż pan biednym też nie daje? Nieraz wszystko, co pan ma, Hillelu? zapytałem.
Z uśmiechem kiwnął głową.
„Zdaje mi się, że p. przez tę jedną noc został Talmudystą, bo pan napytanie odpowiada pytaniem. Trudno z tem zaprawdę walczyć.
Zatrzymał się chwilę, jakby oczekując, że mu coś na to powinienem odpowiedzieć, ale znów nie zrozumiałem, czego on właściwie oczekiwał.
„Zresztą, wracając do kwestyi — mówił dale zmienionym tonem — sądzę, że pańskiej protegowanej — myślę o tej damie — w danej chwili nie grozi niebezpieczeństwo. Pozwól, niechaj rzeczy płyną same przez się. Mówi się co prawda, że mądry człowiek z góry przewiduje, ale mędrszy jak sądzę czeka i na wszystko jest przygotowany. Być może zdarzy się okoliczność, że Aron Wassertrum ze mną się spotka. Ale to musi wyjść od niego — ja żadnego kroku nie zrobię, on musi zacząć. Czy przyjdzie do pana czy do mnie, to rzecz obojętna — wtedy chcę z nim porozmawiać. Od niego zależy postanowić czy za moją radą pójdzie czy nie pójdzie. Umywam swoje ręce w niewinności.“
Z trwogą probowałem czytać w jego twarzy. Tak chłodno i tak specyficznie surowo nie mówił jeszcze nigdy. Ale poza tem czarnem głębokiem okiem drzemała głębia.
„Między nim a nami jest niby szklany mur“ — wpadły mi słowa Mirjam.
Mogłem mu tylko słowa nie mówiąc, rękę uścisnąć — i odejść.
Towarzyrzył mi do drzwi — a, gdy wschodziłem po schodach na górę i odwróciłem się raz jeszcze, widziałem, że zatrzymał się i przyjaźnie kiwał ku mnie, ale tak, jak ktoś, co chciałby coś powiedzieć, jednak nie może.