Strona:Gabrjela Zapolska-Antysemitnik.pdf/80

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


być najzupełniej miejsca dla rozwijania się niezdrowej obłudy i zachcianek.
Poza linją rewerberów gazowych z jednej strony — z drugiej zaś ścianą domów, stosunkowo wąski ten pas trotuaru stanowił w tej chwili świat odrębny, przerażający milczeniem i względną ciszą, jaka na nim panowała. Ludzie snuli się cicho, kroków nawet ich słychać nie było, szelestu sukien kobiecych, gwaru ich rozmowy, lub bezmyślnego chichotu. Tylko czasem zabrzękły ostrogi, zadźwięczała szabla, dało się słyszeć jakieś głośniejsze niemieckie słowo.
I zdało się z daleka, że to cała teorya duchów pokutujących za grzechy snuje się tam i nazad w milczeniu i przymusie. A im czarniej było dokoła, im dalej w noc, tem jeszcze ciszej i ciaśniej było na tej linji A-B, targowisku próżności, próżniactwa i tlejących pod popiołem pragnień i dążności.
Szatkiewicz czuł, że powoli i jego ogarnia to błędne koło i w swe kleszcze porywa. Szedł bezmyślnie raz w tę, drugi raz w drugą stronę. Przed nim, za nim szli także drudzy, tak jak on ciemno ubrani, cisi i milczący. Popychali go jednak za sobą, ciągnęli tak, jak on ich ciągnął. Byli mu nieznani w tej chwili i zrozumieć ich nie mógł, po co oni są tu i gdzie idą, tak samo jak nie wie-