Przejdź do zawartości

Strona:Gabriela Zapolska - One.djvu/345

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

pisał i pisał schylony, czytając z trudnością pokreślone manuskrypta. Głupi! dlaczego to robił? Wszak powinien był spojrzeć raz dobrze w te oczy dziewczyny i dojrzeć w nich, zamiast szlachetności, pełno kokieterji, fałszu i chciwości.
Teraz nie siedziałby w brudnej knajpie nad kieliszkiem koniaku i nie płakałby jak dziecko nad rozbitem cackiem. Osłabiony, zgłodniały, zdenerwowany, już jest pijany tem strasznem, zatrutem pijaństwem, w którem dusza jest bardziej pijaną od ciała. Drzewa, ludzie, kolorowe lampy — wszystko wiruje przed jego oczami, kręci się, tańczy w różnobarwnych kręgach. A przecież matka kłamała — na dnie kieliszka niema zapomnienia! Serce go boli może więcej, niż przed wypiciem koniaku, a „ona“ jest ciągle przy nim z tą pogardliwą miną, z którą mówiła:
— Dęta!... nie masyw?!
I ta wiolonczela! ta wiolonczela, która się skarży ciągle z jękiem sierocym. Nie! matka skłamała — nic zapomnieć nie można... tylko ogarnia człowieka bezwładność wielka, a wszystkie wspomnienia cisną się doń z niepojętą siłą. I skarżyć się nawet nie można, tak wielki ból piersi przygniata, — tylko głowa opada i łzy płyną, płyną...


∗                    ∗