z gorączkową szybkością, i prosi ciągle o nową pracę, prosi tak usilnie, że sekretarz podnosi głowę ze zdziwieniem, słysząc tę gorącą prośbę i widząc stosy ról, odnoszonych co dni kilka. On pisze dniami i nocami całemi. Pochylony nad stolikiem, z rozgorączkowaną twarzą, kreśli całe arkusze, smucąc się, że jeszcze szybciej pracować nie może. Ubrany rzuca się na łóżko i po krótkim wypoczynku pisze znów, wstając tylko dla wypicia niezliczonej ilości wody. Nawet przestał jeść, a pieniądze odkłada „dla niej“. Żywi się bułkami i wodą, a inaczej być nie może, bo imieniny niezadługo, jubiler nie da na kredyt, a bransoletka być musi koniecznie. I w nocnej ciszy, padając ze znużenia, krzepi się myślą o jej radości, o tym ślicznym uśmiechu, jaki rozjaśni jej drobną twarzyczkę, gdy on poprosi o rączkę i sam zapnie na białem ciele tę złotą, błyszczącą opaskę. I na tę myśl siły mu wracają, nie czuje znużenia i z podwójną energją zabiera się do pracy. Wczoraj był u jubilera, oglądał bransoletki i pytał o cenę. Brakuje mu jeszcze kilkunastu guldenów, ale może sprzedać zimowe palto i ósmego wziąć tak zwane à conto. Zima jeszcze daleko, a jego zielony surdut może służyć całą jesień...
I wreszcie nadszedł ten dzień upragniony. Zmęczony, drżący z wycieńczenia i nadmiernej
Strona:Gabriela Zapolska - One.djvu/341
Wygląd
Ta strona została skorygowana.