Przejdź do zawartości

Strona:Gabriela Zapolska - One.djvu/336

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

chwilę „Ständchen“ Schuberta popłynęło wśród kasztanowych liści. Nie grano artystycznie, ale ta dawna, rzewna piosenka ma zawsze urok niezwalczony i niesie za sobą wspomnienie chwil jaśniejszych, śmiechu wśród łez, i wzrusza najgłębiej ukryte uczucia serdeczne.
Gwar ustał, szwaczki jeszce niżej pochyliły zmęczone głowy, piosenka owijała się dokoła tych zwiędłych kobiet, szepcząc im o stałem, trwałem szczęściu, o prawdziwej miłości, jakiej tak bardzo wśród swej niedoli pragnęły. Mężczyźni milkli powoli, patrząc wilgotnem okiem w przestrzeń. Czuli, że są jeszcze inne rozkosze poza porcją raków i kufelkiem piwa, rozkosze dla nich niedozwolone, a przecież których istnienie oni czuli w moralnem ubóstwie swojem, w tej ciągłej gonitwie za groszem, za sposobami wyżywienia siebie i rodziny. Wrodzone poczucie piękna budziło się w ich piersiach wraz z melodją piosenki, płynącej drżącemi tony wiolonczeli w dal nieskończoną. Najkunsztowniejsza sonata nie wzruszyłaby tu nikogo, „Ständchen“ wpadło im do głębi duszy i zalewało ich smutkiem swoim. Nawet kelnerzy nie wołali „zaraz!“ — oparłszy o drzewa wypomadowane głowy, słuchali.
Sufler wypił koniak i oparł głowę na ręku. Koniak nie starł łez, owszem — duże nowe srebrne krople drżały na długich rzęsach chłopca.