chic! Wynoś się — słyszę jak Stefan drzwi otworzył. — Wynoś się — potem wpuścisz jeszcze jedną osobę — mężczyznę — i więcej nikogo! żeby szewckie chłopcy z nieba spadały!
MICHASIOWA: Nikogo z naszych?
PANNA MALICZEWSKA: Nikogo — bo cię wyżenię.
(Michasiowa wylatuje przez sypialnię. — Stefan wnosi bilet na tacy).
STEFAN: Proszę jaśnie pani!
PANNA MALICZEWSKA (niedbale): Dobrze — prosić (cicho i grubym głosem) durniu jeden — czemu nie masz rękawiczek na łapach?
STEFAN (cicho): Bo przecież... rękawiczki... to...
PANNA MALICZEWSKA: Cicho! won! dawaj tu damę!
(Stefan otwiera drzwi od jadalni, wchodzi Daumowa).
DAUMOWA (ciemno, w skromnym wełnianym kostjumie): Zachwycona jestem pani gniazdkiem.
PANNA MALICZEWSKA (ściskając ręce Daumowej): A ja pani uprzejmością w przybyciu do mnie.
DAUMOWA: Żartuje pani. Wszak to prawdziwy zaszczyt być u naszej ulubionej, ukochanej artystki.
PANNA MALICZEWSKA (słodko): Naprawdę byłabym pośpieszyła na posiedzenie sama — ale jestem osłabiona jakaś.
DAUMOWA: Rzeczywiście. Pani gra ciągle. Trzeba się oszczędzać trochę.
PANNA MALICZEWSKA: Chciałabym... ale nie mogę.
DAUMOWA: Dyrektor taki srogi?
PANNA MALICZEWSKA: Och! nie on tylko. Autorowie, którzy poprostu nie rozumieją swych sztuk bezemnie... Muszę, formalnie muszę.
DAUMOWA: Pani oszczędzać się winna, pani talent należy do społeczeństwa.