rzyczką, skąpaną świeżo w źródlanej wodzie, uśmiechała się poza stosem bucików do... swego opiekuna.
I hrabia rozpoczął znów życie salonowego Don-Żuana, zwiedzając buduary lub alkowy, obite błękitną materją. W każdej z tych wędrówek zostawiał trochę swojej siły, młodości i nierzadko sporą wiązkę szeleszczących banknotów. W zamian góry bilecików rosły w szufladach jego biurka, głowa łysiała, a zmysły szukały wiecznie czegoś, czego przelotna miłostka dać nie jest w stanie... Zwierzęcy ryk, jaki w chwilach upojenia wydzierał się z jego piersi, był raczej krzykiem tęsknoty za prawdziwą rozkoszą — za pieszczotą niekłamaną.
Całe legjony kobiet przesuwały się teraz przez ręce hrabiego, legjony strojne, o rzeźbionych kształtach, namiętnych lub przygasłych źrenicach. Każda krótką chwilę gościła w objęciach tego człowieka, pozostawiając po sobie woń perfum i szelest jedwabnych spódniczek.
Mówiono, że w salonie hrabiego jest wielkie lustro w kształcie tryptyku. Ramy środkowego lustra pokryte były kobiecemi fotografjami. Oko profana nie oglądało nigdy tych twarzy, śmiejących się lub patrzących smutnie dokoła wielkiego zwierciadła. Lustro, starannie na klucz zamknięte, otwierał tylko sam hrabia, dla umieszczenia nowego jakiego
Strona:Gabriela Zapolska - I tacy bywają.djvu/94
Wygląd
Ta strona została skorygowana.