despotyzmu, który, pomimo narzekań wiecznych, jest dla kobiet tem samem, czem batyst dla ich ciała, lub złoto dla ich różowych uszek.
Hrabia Dezydery rozumiał to dobrze. Uśmiechał się tylko dobrotliwie, siedząc pomiędzy najpiękniejszemi, najbardziej ożywionemi. Suknie ich prawie zakrywają go do połowy, pióra ich wysokich fryzur dotykają jego wybladłej i pomarszczonej twarzy, drżące ręce zaciskają się nerwowo koło jego dłoni, gdy jakaś miłosna przykrość te serduszka ukole — on jednak siedzi ciągle uśmiechnięty w tej istnej powodzi koronek i miłostek kobiecych, pełen pobłażania dla błędów, chętny do pośrednictwa pomiędzy powaśnionemi, tonący poprostu w fali pudru i szeptów zwykłej małżeńskiej niewiary. Jest to jego zwykła atmosfera — w niej oddycha, żyje, istnieje. Wyrwany z koła tych upudrowanych twarzyczek, wydatnych biustów, ciepłych ramion, przestaje być sobą, tym „kochanym hrabią“, bez którego Misia nie może wykąpać swego pinczera, ani zerwać romansu z baronem.
Rudowłosa Betty, ta markiza francuska, zaślubiona cherlawemu książątku, przez ręce hrabiego rozdaje jałmużny i miłosne karteczki, — a pani Ella, zastawiając swe brylanty, radzi się „nieocenionego przyjaciela“ co do wysokości procentu i daty wykupu.
Strona:Gabriela Zapolska - I tacy bywają.djvu/90
Wygląd
Ta strona została skorygowana.