Strona:Ferdynand Ossendowski - LZB 03 - Krwawy generał.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Straszny był ten obraz śmierci i zniszczenia obok wrzącego dokoła, budzącego się po zimie życia!
W każdej kałuży pluskały się dzikie kaczki i szkarłatne „ptaki — lamowie“; w wysokiej trawie żórawie wyprawiały zabawne skoki; na jeziorach pływały olbrzymie stada dzikich gęsi i łabędzi; na miejscach suchych szukały pożywienia, biły się i biegały dropie; gwiżdżąc, fruwały stadka kuropatw-salg; na zboczu gór wylegiwały się na słońcu wilki, rozmarzone cie płem i wiosną.
Natura kocha życie! Nie znosi śmierci i ślady jej usiłuje ukryć pod białą powłoką śniegu lub bogatą makatą z zieloności i kwiatów barwnych.
Natura nie chce wiedzieć o tem, że gdzieś tam — koło Czifu, czy w wiosce na Yan-Tze staruszka-matka daremnie ofiarowuje bogom ryż i świece, modląc się o życie syna, którego powrotu oczekuje z dnia na dzień, nie wiedząc, że leży on tu, w dolinie Toły, zamordowany, sczerniały, rozszarpany i nikomu nieznany. Natura wie, że trup ten wkrótce zniknie bez śladu pod promieniami słońca, pod tchnieniem wiatru stepowego. Wspaniała jest ta zupełna obojętność przyrody dla śmierci i to umiłowanie przez nią życia we wszystkich jego przejawach
Czwartego dnia pod wieczór dotarliśmy do brzegu Toły. Długo szukaliśmy brodu, lecz