Strona:Ferdynand Ossendowski - LZB 03 - Krwawy generał.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Skończywszy, wytarł spocone czoło czerwoną chustką i zapytał, kto jest obecny w pokoju.
— Chan, dziań-dziuń, baron Ungern! — odpowiedział, klęcząc, sekretarz-lama.
Baron zbliżył się do starca i przedstawił mnie. Bogdo uczynił znak powitania, poczem zaczął rozmowę z generałem.
Przez drzwi otwarte widziałem wnętrze małej kaplicy Bogdo-Hutuhty. Zauważyłem wielki stół, przywalony stosami starych ksiąg. Obok stał piecyk z palącemi się węglami, oraz kosz z łopatkami i wnętrznościami baranów. Ungern wstał i schylił czoło przed Bogdo, który objął głowę potomka krzyżaków i zaczął się modlić. Zdjąwszy z piersi ciężki posążek Buddhy, wiszący na czerwonym sznurku, zawiesił go na szyi barona.
— Nie umrzesz! — wyszeptał w uniesieniu, — wiedz, że przeistoczysz się w formę doskonalszą! Pamiętaj o tem, synu, pamiętaj, Chanie wdzięcznej ci zawsze Mongolji, pamiętaj, przeistoczony duchu wojny!...
Zrozumiałem, że „Żywy Buddha“ błogosławił krwawego generała przed śmiercią.
Opuściliśmy siedzibę „boga“.