Strona:Ferdynand Ossendowski - LZB 03 - Krwawy generał.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gdy wyszedł, naczelnik sztabu porwał się za głowę i wyszeptał z rozpaczą:
— Boże mój, Boże! Do jakiego upodlenia doprowadziła nas rewolucja. Zmuszeni jesteśmy obcować z takiemi typami! Ze zbrodniarzami i złodziejami... Sipajłow jest złym duchem barona. Podsuwa mu do podpisu coraz to nowe wyroki śmierci, zabija ludzi niewinnych bez sądu i bez wiedzy generała, rabuje pod pozorem nieistniejących rozkazów barona...
W parę minut przyszedł od Sipajłowa żołnierz i przyniósł obiecaną kolację. Gdy się nachylił, rozwiązując serwetę, naczelnik sztabu, wskazując go oczami, szepnął:
— Niech się pan uważnie przyjrzy temu człowiekowi!
Żołnierz był małego wzrostu, o szerokich, silnych barach, ubrany bardzo starannie. Jego gładko wygolona twarz była bardzo uprzejma, spokojna, pełna szacunku „dla naczalstwa“, lecz w szarych przymrużonych oczach i w załamaniu ust było coś odpychającego i strasznego.
Gdy wyszedł z jurty, naczelnik sztabu opowiedział mi, że żołnierz ten, nazwiskiem Czystiakow, jest prawą ręką Sipajłowa i jego przybocznym katem. Ten grzeczny, uprzejmy młodzieniec własnemi rękami dusił ludzi, nie robiąc sobie kłopotu z wieszaniem.