Strona:Ferdynand Ossendowski - LZB 03 - Krwawy generał.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wieczorem zostałem zaproszony do naczelnika sztabu Ungerna. W jurcie jego spotkałem kilku oficerów. Gospodarz częstował nas herbatą z konfiturami, oraz ciastkami chińskiemi. O godzinie 11-tej wszedł do jurty, coś nucąc, pułkownik Sipajłow. Wszyscy odrazu umilkli i pod różnemi pozorami zaczęli się wymykać.
— Nie lubią Sipajłowa! — mruknął pułkownik, filuternie mrużąc swoje bezbarwne oczy i bryzgając śliną.
W chwili, gdy Sipajłow wszczął rozmowę z naczelnikiem sztabu, do jurty wszedł baron, który, spostrzegłszy pułkownika, nachmurzył czoło i z obrzydzeniem w głosie rzekł do mnie:
— Niech pan nie rozmawia z tą gadziną!
Sipajłow zbladł i wcisnął swoją potworną głowę w plecy.
Baron, oddawszy jakieś rozkazy, opuścił jurtę, i po chwili słyszeliśmy, jak zajechał samochód.
— Oj — jęknął Sipajłow — wiem, że przyjdzie dzień, kiedy baron każe mnie zatłuc kijami!
Lecz w głosie jego poczułem udany strach. Wychodząc, pułkownik zawołał wesoło:
— Pijecie tylko herbatę? Każę przysłać panom na kolację przepyszny pieróg z rybą i doskonałej zupy.