Strona:Ferdynand Ossendowski - LZB 02 - Przez kraj szatana.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ważny i okrutny Bałdon osobiście szedł do szturmu: dziesiątkowany przez kulomioty oddział jego topniał bez skutku. Nagle nieoczekiwany przez nikogo zjawił się Tuszegun-Lama i, zwoławszy Mongołów, zwrócił się do „cyryków“-żołnierzy z taką przemową:
— Mongołowie, nie powinniście czuć strachu przed śmiercią i cofać się! Walczycie i umieracie za Mongolję, której sądzono od Boga stać się znowu wielkim krajem potęgi i mądrości. Spójrzcie w przyszłość!
Zatoczył rękami dwa szerokie koła, i wszyscy ujrzeli niezmierzoną okiem przestrzeń Mongolji z licznemi, bogatemi koczowiskami, z tysiącznemi stadami i tabunami bydła, owiec i koni. Po stepie mknęli na śmigłych, bogato przybranych wierzchowcach wspaniale odziani jeźdźcy. Kobiety w szatach jedwabnych, w ciężkich srebrnych i złotych ozdobach na głowach, gwarzyły poważnie i spokojnie. Długie karawany wielbłądów, prowadzonych przez kupców chińskich, uniżenie bijących pokłony majestatycznym, mongolskim saitom, otoczonym oddziałami „cyryków“, kroczyły gościńcem. Widzenie znikło po chwili, bo Tuszegun zaczął mówić znowu: