Strona:Ferdynand Ossendowski - Cień ponurego Wschodu.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w słowo powtórzył tę krótką, lecz niezupełnie zwykłą modlitwę. Co do mnie byłem zdumiony!
Inny znowu mój znajomy, znany rosyjski krytyk i poeta A. A. Izmajłow opowiadał mi tak:
— Z wielkim trudem udało mi się dotrzeć do Rasputina, chciałem mieć z nim interwiew, ale oznajmiłem, że chcę pomówić o wspólnych znajomych z Wołgi. Gdy wszedłem, siedział w fotelu i badawczo patrzył na mnie. Uśmiechnął się pobłażliwie i szepnął:
— Dziennikarz? Poco chcecie mnie oszukać?
Zamikł. Milczałem też, gdyż widziałem nienawiść Rasputina dla dziennikarzy, którzy psuli mu dużo krwi.
Co miałem mówić, gdyż po jego słowach zdradziłem się swojem zmieszaniem?
— O żadnych moich sprawach nie będę z tobą rozmawiał — odezwał się nareszcie Rasputin — lecz chcę mówić o tobie. Gdy miałeś 11 lat śmierć groziła ci tuż ponad ziemią. Widzę to wyraźnie. Powiedz, jak to było?
— Oczywiście — opowiadał Izmajłow — gdy miałem lat 11, wraz z bratem staraliśmy się upolować zająca, który przychodził do naszego ogrodu warzywnego. Brat miał strzelać, ja zaś wypłoszyć zająca. Gdym szedł pomiędzy grzędami, zawadziłem o coś nogami i upadłem. To mi uratowało życie, gdyż jednocześnie wyskoczył zając,