Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/86

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jutro?... jutro?... — powtórzył oficer. — Jutro aż do wyjazdu, który nastąpi w południe, będę musiał pozostać w kancelarji pałacowej i w adjutanturze... Ale już wiem! Przecież masz teraz konia, nieprawdaż? No, to doskonale się składa! Wyjedziesz za rogatki w południe i albo zaczekasz na mnie, albo już znajdziesz mnie w karczmie koło wsi Obuchowo. Będę zmieniał konia, bo tam wypada pierwszy etap dla kurjerów. Spotkamy się w karczmie i zdążymy napić się czegoś na pożegnanie. Więc — do jutra!
— Do jutra! — zawołał uradowany kadet.
Nie każdy może przewidzieć dzień jutrzejszy, a z dwóch ludzi jeden napewno się pomyli...
Tak też pomylił się świetny, robiący oszołamiającą karjerę młody adjutant Mikołaja, — hrabia Fersen.
Nazajutrz do małej karczmy, zatłoczonej oficerami i kurjerami, wszedł szeregowiec konnych strzelców.
Dnia tego szalała silna zamieć. Suchy, zmarznięty śnieg, smagany potężnemi podmuchami wiatru, kłębił się i syczał złośliwie.
Przybyły żołnierz miał twarz czerwoną z mrozu, a szynel i czapkę, okryte zlodowaciałą korą śnieżną. Z trudem otrząsnął się ze śniegu i przetarł oczy. Natychmiast błysnęły mu radośnie.
W kącie przy oknie dojrzał siedzącego oficera.
Podbiegł do niego i uścisnął mu dłoń.
— Napijemy się grzanej wódki z cynamonem, dobre to na taką psią zamieć! — rzekł oficer.