Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/80

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Prawda! — zgodził się piegowaty kadet. — Ale jakże to ty będziesz prał swoich?
— Tak zmajstruję, że zostanę trębaczem przy sztabie generała... — uśmiechając się i mrużąc jedno oko, szepnął chłopak.
— Lis z ciebie prawdziwy! — zawołał Fedorczuk.
— Lis — nazwisko, czy lis — zwierzę? — spytał, poważniejąc nagle, kadet.
— Pewno, że zwierzę! — odpowiedział popowicz.
— Jeżeli tak, to już zgoda! — zaśmiał się chłopiec i znowu już szeptem zapytał: — No, a jak tam z tobą będzie?
Fedorczuk wyszczerzył zęby i szepnął koledze do ucha:
— Ja albo do niewoli oddam się z punktu, albo, jeżeli Dybicz dojdzie prędko do granicy austrjackiej, czmychnę do swoich unitów w Galicji. (Tak i tak harować tu będę do siwych włosów, nim do rangi kapitana dobrnę!). Tam może prędzej dojdę do kawałka roli i żyć będę po ludzku, bez potrzeby znęcania się nad ludźmi i znoszenia obelg i poniewierki od przełożonych. Zbrzydło mi to do reszty w korpusie, a gdy pomyślę, że czeka mnie jeszcze dobre trzydzieści lat w pułku — brr! aż mi włosy na głowie powstają! Dość kiełbasy, chcę też innego przysmaku!
Więcej już nic do siebie nie mówili, tylko uścisnęli się za ręce i poszli korytarzem do klasy.
Na progu Fedorczuk zajrzał w oczy Lisowi i szepnął: