Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— No, jak się masz, przyszły ordynansie cesarski? Prędko urządzimy chrzest!
— Najpokorniej dziękuję waszej ekscelencji! — odpowiedział Lis, a w duszy z zaciętością mówił do siebie.
— Lis nie będzie oficerem do posług Mikołaja! Ja pochodzę od sławnych rycerzy, ród swój wywodzących z mroku wieków minionych, a car ma za przodków jakichś książątek szwabskich, których, z pewnością, Lisowie tłukli nieraz! Żeby taki Mikołaj, dziki i wściekły tyran, był moim ojcem chrzestnym?! Przenigdy! Całuj, generale, psa w nos...
Jednak wiadomość, zasłyszana od Paszkowa, zaniepokoiła Lisa.
— Trzeba nagwałt coś zrobić, bo inaczej, tylko patrzeć — pociągną mnie do cerkwi! — myślał z trwogą kadet, lecz daremnie łamał sobie nad tem głowę, nic obmyśleć nie mogąc.
Wreszcie machnął ręką i gwizdnął radośnie.
Sam nie wiedział skąd spłynęło na niego nagłe uspokojenie. Czuł niezłomną pewność, że stanie się coś, co odwlecze, a może nawet zupełnie zniweczy pomysł Mikołaja.
Każdej niedzieli biegł Lis do oficyny marszałka Brońca i cały dzień spędzał z panną Juljanną lub z sędziwą panią Romerową. Obie panie opowiadały mu, co się dzieje w Polsce pod rządami brutalnego Konstantego i ohydnego Nowosilcowa, który zamierzał zniszczyć odrębność królestwa Polskiego i uczynić z niego „gubernję“ rosyjskiego imperjum.