Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A pan sam nie chciałby zmienić wiary? — szepnęła panienka, bacznie i surowo patrząc na kadeta.
— Pani, — odparł po namyśle, — nie mam żadnego pojęcia o wierze rzymsko-katolickiej, bo nikt mnie jej nie uczył, ale ja nie chcę zmieniać jej, bo tak wierzyli i modlili się rodzice moi.
— Ach, jak to pięknie pan powiedział! — zawołała panienka i ścisnęła mu rękę mocno, serdecznie. — Zatem wszystko jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej!
— Co może być lepszego? — mruknął. — Moja piosenka skończona — będzie tak, jak postanowił cesarz.
— Mam pewien plan... — zaczęła szeptać, pochylając się do niego. — Jutro pojadę do księżny Joanny i będę prosiła ją o radę i pomoc. Cesarz bardzo lubi księżną panią... i, z pewnością, nie odmówi jej...
— Nie wiem o kim pani mówi, bo nic nie słyszałem o księżnej Joannie! — przyznał się kadet, ze zdumieniem patrząc na ruchliwą, zmienną twarzyczkę swej uroczej towarzyszki.
— Mówię o księżnie Łowickiej! — objaśniła.
Zmieszany i zawstydzony Lis milczał.
— Teraz pan zrozumiał? — spytała panienka.
— Nic a nic... — szepnął z westchnieniem.
Panienka zaśmiała się wesoło i zawołała:
— Czegóż was uczą w tym korpusie?
— Trochę — matematyki, literatury, geografji i historji rosyjskiej i rzymskiej, strategji i artylerji, więcej francuskiego i niemieckiego, a najwięcej — to musztry,