Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


piękną, lecz wielkie niebieskie oczy i świeże usta o wyrazie łagodnym i słodkim czyniły ją bardzo pociągającą.
O, była to twarz miła, i odrazu tak bardzo droga, że Lis mimowoli uśmiechnął się radośnie, spojrzawszy na nią.
Nieznajoma rozmawiała z rotmistrzem w białym mundurze ze złotą taśmą na piersi.
— Żółty kirasjer!... — pomyślał chłopak i znowu wzrok swój skierował na panienkę, bo właśnie w tej chwili orszak cesarski, kroczący pomiędzy dwoma szpalerami gości, nisko chylących się przed monarszą parą, stanął, albowiem Mikołaj raczył zaszczycić rozmową posła króla pruskiego.
Lis znalazł się prawie tuż przy nieznajomej.
Oczy jej spoczęły na nim z zaciekawieniem.
Zarumienił się młodzieniec pod tym wzrokiem, który szukał czegoś na jego twarzy, pytał i natarczywie żądał odpowiedzi.
Z zachwytem i nigdy nie odczuwaną radością patrzył młodzieniec w te oczy, takie pogodne i czyste, jak niebo, i na te usta, rozchylone w łagodnym, nieświadomym uśmiechu.
— Anioł Boży!... — pomyślał Lis i wpatrywał się w niebieskie źrenice z coraz większą radością, czując, że głębokie wzruszenie ogarnia go, wzmaga się z chwilą każdą.
Pragnąłby stać tak wieczność całą, patrzeć i milczeć, wyczuwając nieziemskie rozradowanie i jakiś