Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/292

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


W sieni rozległ się brzęk ostróg i na progu stanął oficer.
— Proszę wychodzić na plac! Sprawdzamy aresztantów, bo za chwilę partja rusza dalej!
Urwane słowa pożegnania, wdzięczności i rzewny śmiech.
— Wieczorem na etapie Balaskino przyrządzę wam posiłek, mili moi... Władeczku, do wieczora! Bądź zdrów i wesół, bo... — zabrzmiał dźwięczny, łagodny głosik Juljanny.
— Do widzenia! Do widzenia, złota nasza, promienna panienko! — mówili zakuci w kajdany ludzie i, nie czując już ich ciężaru, wychodzili z izby.
Lis obejrzał się na progu i zawołał:
— Promyczku mój jasny... umiłowany!
Zatrzasnął drzwi za sobą i wybiegł na majdan etapowy.
Aresztanci stali już, wyciągnięci w jeden długi szereg, a wachmistrz sprawdzał numery ich i oglądał zamki kajdan.
— Sygnał! — krzyknął oficer.
Mały, kudłaty żołnierz, rozstawiwszy kabłąkowate nogi, podniósł trąbkę do ust.
Stojący obok niego Lis nagłym ruchem wyrwał mu ją z rąk i zatrąbił.
Potężne, czyste dźwięki przeszywać jęły mroźne, zastygłe powietrze. Takiego pięknego sygnału nie słyszał nawet sam car Mikołaj.