Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/283

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Poddały się Modlin i Zamość.....
Gdzieniegdzie rzucały się jeszcze oddziałki partyzantów, lecz i tych coraz mniej pozostawało, bo siepacze Mikołaja ścigali i tępili ostatnich bohaterów powstania.
Długie szeregi mogił ciągnęły się na pobojowiskach.
Po dworach i chatach, po warsztatach wyrobników i po sklepach kupców wzdychano ciężko, wspominając chwile promiennej nadziei, a potem rozpaczy ciemnej.
A jednak nikt nie upadał na duchu i nie gnuśniał.
Wszyscy bowiem wiedzieli, że choć najczęściej bezładnie dowodzono armją, biła się ona mężnie, stawiając czoło potężnemu przeciwnikomi, popłoch szerząc i strach w pałacu granitowym, gdzie zaczajony, niby zwierz drapieżny, miotał się w bezsilnej nienawiści zaborca, gwałciciel prawa i okrutnik, Mikołaj I, syn uduszonego obłąkańca Pawła, car Wszechrosji i pozbawiony tronu polskiego — zdradliwy „król polski“.
Duma narodowa i przeświadczenie, że nie przemoc wroga, lecz własne błędy i winy wycofały armję z pola bitew, słabe przebłyski nadziei nie zagasły jeszcze.
Ciężka stopa moskiewskiego satrapy stanęła na grzbiecie narodu polskiego i, zdawało się, do ziemi go ugięła.
Lecz ziemia rodzima tchnęła oparami ożywczemi, moc dającemi, coś szeptała szmerem trawy i pisała jakieś znaki tajemne na liljowej, falistej pustyni łanów żyta i pszenicy; wołała poszumem potoków i pluskiem