Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


W tej chwili rozległ się tupot kopyt i szczęk podków na kamieniach. Jakiś jeździec wywinął się z poza załamania parkanów i popędził traktem.
— Stój! — zawołał Lis, gdy koń był o kilkanaście kroków przed oddziałem.
Wierzchowiec, zdarty nagle, kopytami zarył się w piasku.
— Kto jedzie, dokąd, poco? — padły pytania, a kilka luf pistoletowych wyciągnęło się ku jeźdźcowi.
— Proboszcz pchnął mnie do parafji jurgielskiej, aby tam wiedzieli, że moskale nadciągają od Witebska... — mówił drżącym głosem chłopak, ze strachem patrząc na napastników.
— Pojedziesz tam później, a teraz wskażesz nam dom, gdzie stanął kapitan Iliczenko — rzekł Lis i, wziąwszy konia za uzdę, zawrócił go ku miasteczku. — Ruszaj, chłopcze!
Wart nigdzie nie było. Od strony rynku tylko dochodził gwar głosów, krzyki i śmiech. Dobiegały wysokie, trochę ochrypłe nuty harmoniki, rozlegał się tupot nóg, bijących w ziemię, i klaskanie w dłonie.
Lis, idący na czele oddziału, spojrzał na chłopaka pytająco.
Ten pochylił się z konia i szepnął:
— Moskale przyłapali dziś dwóch powstańców z jakowemyś listami i urządzają sąd nad nimi. Kapitan chwali się, że za pojmanie tych ludzi i za ważne listy, znalezione przy nich, dostanie krzyż i wyższą rangę... Oficerowie popili się z radości i hulają w karczmie...