Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/206

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Lis wpadł na nich i znowu płatał hełmy wraz z głowami, odwalał ramiona ludziom i łby końskie. Nie trwało to długo, bo ujrzał wkrótce plecy zmykających moskali i rozwiane ogony rumaków.
Gonił więc uciekających, siekł i szablą bódł.
W sercu mu zajaśniała po raz drugi już dnia tego radość dumna, że zwycięstwo przechylić się ma na stronę Polski, broniącej wolności swej i honoru oręża.
Widział, jakgdyby przez mgłę, że czworoboki Skrzyneckiego i Szembeka w porządku cofały się, że grały osłaniające odwrót armaty Piątki, więc odrzucił teraz troskę i gnał w cwał, a każde uderzenie jego pałasza stawało się modlitwą dziękczynną...
O niczem już nie myślał i nic nie pamiętał.
Widział przed sobą cofających się wrogów i musiał uczynić tak, żeby nikt z nich nie powrócił z tego pola.
Chciał zajechać im z boku, więc skręcił na lewo i podniósł konia do skoku na skraju głębokiego rowu.
Nagle czarna chmura zasłoniła całe pole przed nim.
Jakoś dziwnie szybko znikły w niej szeregi połyskujących zbroją kirasjerów.
Umilkły ochocze okrzyki ułanów.
Coś go porwało, cisnęło w jakiś wir szalony, ogłuszyło, odjęło świadomość i zrzuciło z siodła w otchłań bezdenną...
Gdzieś daleko jękliwie wołały do odwrotu trąbki ułańskie.