Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Fedorczuk spokojnie spojrzał na niego i odparł dobitnym, stanowczym głosem:
— Powtórzę to przed wszystkimi, lecz przedtem chcę z tobą pomówić na osobności...
Lis machnął ręką niedbale i rzekł z przekąsem:
— Chcesz przeprosić mnie bez świadków? Nic ci to nie pomoże! Albo odszczekasz to przed całem bractwem, albo zbiję cię na kotlet. N-no chodź, popowska pałko, i gadaj, chociaż wiem, że nic mądrego mi nie powiesz!
Wyszli do korytarza i zatrzymali się w umywalni, gdzie kadeci zwykle załatwiali wszelkie ze sobą porachunki.
— Mów! — rzekł Lis, marszcząc brwi.
Fedorczuk zmrużył oczy i długo się wahał. Wreszcie szepnął:
— Przysięgnij, że nikomu o tem nie powiesz i mnie nie wydasz!
— Czyś oszalał? Nigdy nikogo nie wydałem!... — zawołał z oburzeniem Lis.
Fedorczuk obejrzał się podejrzliwie i dodał:
— Gdyby się o tem dowiedziało naczelstwo, zginęlibyśmy obaj...
— Nie zawracaj głowy tajemnicami! — wybuchnął kolega. — Gadasz, jak stara cyganka. Nic nie rozumiem!
— Słuchaj... — szepnął Fedorczuk. — Powiedz mi, czy ty nigdy nie słyszałeś o tem, że jesteś Polakiem?
Zapytany na chwilę jedną zamyślił się, jakgdyby szukając czegoś w pamięci.