Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kojną, jakgdyby z kamienia wykutą, oczy zapłonęły ogniem, tryskającym siłą niezłomną, zaraźliwą.
Ordynans natychmiast podprowadził nowego wierzchowca. Chłopicki wsiadł i, ręką wskazując przed siebie, powtarzał stanowczym dźwięcznym, jak stal, głosem:
— Tam! Tam!
Grenadjerzy zderzyli się z piechurami rosyjskiego generała Neuharda.
Polak zwarł się z Moskalem i walczył na życie lub na śmierć. W chwili tej puszczono w ruch bagnety; śmigające nad głowami, zakręcane młyńcem kolby karabinów, wznoszące się i opadające pięści, błyskające w dymie i kurzawie pałasze.
Grenadjerzy, prowadzeni przez Chłopickiego, w którym obudził się i nad wszystkiem górował dawny żołnierz bohaterski i zwycięski, wypierali Moskali i krok po kroku odrzucali ich ku baterjom. Umilknąć musiały armaty, które już nie mogły ziać ogniem, aby swoich nie wybijać.
Neuhard rzucił w ogień nowe bataljony, lecz Chłopicki czuwał.
Do ułanów natychmiast przyskoczył adjutant Mycielski i zawołał:
— Ułani naprzód!
Wybiegli chłopcy malowani, rów przebyli i popędzili w wir bitwy.
Szalał Lis, porwany wielką radością boju i jeszcze jakąś inną, że oto wreszcie ujrzał przed sobą prawdziwego wodza, pierwszego żołnierza, najlepszego