Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tylko jeden z kadetów — rudawy i piegowaty — stał przy ścianie i okrągłemi, ptasiemi oczami przyglądał się Lisowi.
Spostrzegł go chłopak i, podniósłszy głowę, spytał zaczepnie:
— A ty, Fedorczuk, dlaczego o nic nie prosisz?
Piegowaty kadet podniósł ramiona i głośno parsknął.
— Nie prychaj, popowiczu, jak źrebiec, tylko odpowiadaj! — nalegał Lis.
Fedorczuk pochylił głowę i, wbijając oczy w twarz kolegi, rzekł:
— Odpowiem, lecz przedtem chcę cię o coś zapytać...
— Jeżeli chcesz, to — pytaj! — zawołał chłopak, obrzucając go drwiącem spojrzeniem.
— Powiedz mi, czy ty z radością przyjmiesz nowy chrzest? Wielkim pędem przerzucisz się na łono naszej świętej, prawosławnej cerkwi? Będziesz się nazywał nie Władysław, syn Ignacego, lecz jakiś Włodzimierz lub, może, Włas Mikołajewicz?
Lis wzruszył ramionami i natychmiast odparł obojętnym głosem:
— Cóż u djabła?! Nie zajdzie przecież nic nowego? Ja i tak modlę się z wami razem i śpiewam w chórze cerkiewnym. Ojca swego nie znam, a może nie miałem go nigdy?
Zaśmiał się i gwizdnął przeciągle.
— Bydlę! — rzucił nagle Fedorczuk.
— Co?! — krzyknął Lis i jednym susem był już przy koledze. — Powtórz!