Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.




Rozdział II.
Piorun z jasnego nieba.

W godzinę po odejściu cesarza w sali starszej klasy siedział przy stole uśmiechnięty Władysław Lis i prawił do otaczających go kołem kolegów:
— Jabym nie pozwolił Rodjonowowi borykać się z owym Waśką skośnookim, gdybym wiedział, że on taki mocny! Może Radjonow zmógłby go jednak, tylko głupio zrobił, bo się pozwolił obłapić temu drabowi. No, ale nic mu nie będzie, poleży w szpitalu i wyliże się. Nie pierwszyzna mu to! Raz już chorzał, gdy ze mną zadarł nieopatrznie, a wydobrzał przecież?!
— Słuchaj, Liszko, — zaczął chudy, blady kadet, — gdy będziesz pułkownikiem, nie zapomnij o mnie i weź do siebie na adjutanta! Okrutnie chcę nosić akselbanty!
— I o mnie pamiętaj, bo ja za ciebie tydzień w „pace“ przesiedziałem, gdy to w piątej klasie Niemca naszego chlapnąłeś papierową kulą z atramentem... — odezwał się inny.
Wszyscy koledzy zabiegali teraz o protekcję przyszłego ordynansa cesarskiego, który w pałacu będzie za pan-brat z najważniejszymi generałami.