Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nych potyczek, głębokich, ścisłych wywiadów! Przed nami to uciekali Gejsmar, Paszkow i Kreutz, panie generale!
Radziwił zaniemówił na chwilę, lecz wkońcu znowu tupnął nogą i wrzasnął:
— Natychmiast do Łubieńskiego! Rozkazuję ci to władzą moją!
Lis, już nie patrząc na naczelnego wodza, zawrócił się na piętach i podszedł do oficera sztabowego, mrucząc:
— Pisz, panie kapitanie, rozkaz! Nie mam tu już nic do roboty.
Oficer wprowadził go do swego pokoju i szczelnie zamknął drzwi.
Spoglądając z zachwytem i podziwem na ułana, szepnął:
— Nie bój się, poruczniku. Dam ci list do adjutanta generała Łubieńskiego. On cię życzliwie przyjmie!
Lis, wyprawiwszy list do Juljanny, szukał okazji, aby powiadomić generała Dwernickiego o zaszłych wypadkach.
Poszedł do głównej intendentury i tu, jak się spodziewał, spotkał oficera aprowizacyjnego ze sztabu gen. Klickiego. Poprosiwszy go o wręczenie swego raportu Dwernickiemu, wsiadł na koń i ruszył na Pragę.
Starszy adjutant Łubieńskiego, podpułkownik Ździechowski, przeczytawszy list przyjaciela z kwatermistrzostwa i spojrzawszy na oddany mu przez Lisa rozkaz sztabu, uśmiechnął się i szepnął: