Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Niech pan słucha... — rzekła, ściskając mu dłoń. — Niech pan nic nie mówi dopóki nie skończę!... Ta myśl trapi mnie od przybycia pana tu do nas... Co cię spotkało w ojczyźnie? Podejrzenie o szpiegostwo i ciężka rana! To — okropne!
Wzdrygnęła się i zasłoniła oczy rękami.
Lis milczał i słuchał.
— Co pana czeka w przyszłości? Śmierć, albo stracenie przez Moskali, jeżeli dostaniesz się do niewoli... Straszne to!
Młodzieniec potakująco skinął głową, lecz wciąż milczał.
Panienka, załamując ręce, mówiła dalej głosem, w którym zrywała się rozpacz:
— Tymczasem w Rosji pozostałby pan szczęśliwym... zrobiłby świetną karjerę...
— Dość! Ani słowa więcej! — zawołał Lis i podniósł się, groźnie patrząc na dziewczynę. — Teraz ja będę mówił, mówił tak, jak myślę i czuję... Pomyliłem się... Myślałem, że pani jest silna i niezłomna... Niech padnę w bitwie, niech wezmą mnie do niewoli Moskale i powieszą! Umrę ze spokojnem i czystem sercem, bo spełnię swój obowiązek, o którym krzyczy każda kropla krwi mojej, każde uderzenie serca, każde westchnienie piersi! Rozumie pani? Cóż z tego, że wojna może być przegrana i na nas spadnie twarda ręka Mikołaja? Cóż z tego? Stanie się inna rzecz, stokroć większa i donioślejsza od zwycięstwa! Cały świat się dowie i ujrzy, że naród