Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Uczciwy, myślący więcej o innych, niż o sobie, Lis, pozostając w samotności, rozumował tak:
— Jeżeli zwiążemy się słowem, co z tego wyniknie? Wojna będzie okrutna i ciężka. Nie wiem, czy wyjdę z niej cało, a wtedy pocóż mam pozbawiać wolności Juljannę? Przecież, złożywszy przysięgę, pozostanie mi wierną na całe życie i nigdy już nie zazna szczęścia żony i matki. Jak Bóg da, tak niech będzie! Powiem jej o miłości swojej po wojnie, oby Bóg dał, zwycięskiej!
Pewnego razu panienka znalazła go w bibljotece i usiadła obok, uporczywie mu się przypatrując.
Zdumiony młodzieniec zapytał:
— Czy pani się gniewa na mnie?
— Ktoby się mógł gniewać na pana Władeczka! — zawołała i, westchnąwszy, szepnęła:
— Niech mi pan powie, ale tak, jak na spowiedzi, czy pan istotnie wierzy w zwycięstwo nasze?
Opuścił oczy i odparł wymijająco:
— Żołnierz myśli tylko o zwycięstwie...
— Panie Władeczku, nie obracaj pan lisa ogonem, chociaż sam jesteś Lisem! — rzekła z wyrzutem. — Proszę o prawdę! Czy wierzysz, że możemy się przed taką potęgą, jak Rosja, obronić? Czy nie zmiecie ona nas za jednym zamachem?
Lis potrząsnął głową i rzekł poważnie:
— Wierzę, że każdą potęgę można zwalczyć, jeżeli przeciwnik jej ma gorętszy i ofiarniejszy duch. Moskwa nas za jednym zamachem nie zgniecie!...