Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gadatliwa, lekkomyślna i skłonna do wynurzeń szlachta niejedną tajemnicę bezwiednie odsłoniła nieprzyjacielowi z nałogu gadulstwa i przyzwyczajenia do krytykowania wszystkiego, co tej lub owej, mocno nieraz zakutej lub zawianej głowie, nagle się nie spodobało.
Lis uspokajał swoich nowych przyjaciół, lecz w sercu nosił troskę i trwogę. Czuł, że dzieje się nie tak, jak się dziać powinno w tak odpowiedzialnych, niebezpiecznych czasach, gdy wszystko stawiano na jedną kartę.
Życie jego płynęło w tak wielkiem, niczem, zdawało się, niezmąconem szczęściu obok ukochanej, złotowłosej dziewczyny, a jednak codzień pytał monsieur Feranda, czy pozwoli mu już wsiąść na koń i do pułku jechać.
Cyrulik, chociaż oczom swoim nie wierzył, widząc, jak szybko do zdrowia powraca jego pacjent, ciągle jeszcze wstrzymywał go, gdyż obawiał się, że ledwie zagojona blizna otworzyć się może.
Termin urlopu zbliżał się z nieubłaganą szybkością.
Lis wiedział dobrze, że panna Juljanna ma go już w swem sercu, rozumiał, że musi jej coś powiedzieć, aby to, co było wyczuwane tylko, ujęte zostało w kształt słowa twardego i niezłomnego.
Jakaś myśl, ledwie uświadomiona, wciąż wstrzymywała go od kroku stanowczego.
Znał Juljannę i to mu stało na przeszkodzie.