Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pociechę z tego porucznika od ułanów! Bo to mówię wam, panowie, ćwik z tego Dwernickiego! On to w ostatni dzień bitwy pod Lipskiem ostatni wyszedł, gdy odwrót polskich wojsk został zakończony, a przedmieścia były już ogarnięte pożarem. Car Aleksander pragnął przeciągnąć Dwernickiego na swoją stronę i adjutantów do niego w tej sprawie posyłał, a pan Józef, że to człek szparki, w gorącej wodzie kąpany, zamiast odpowiedzi chciał owego posła na gałęzi obwiesić. Cha — ha — ha! Znam ja pana Dwernickiego! Dobry, urodzony to wojak! Ho! ho! Zna się na żołnierzach stary zagończyk!
Inni panowie też chwalili młodego oficera i przepadali za nim, bo ducha, upadającego i skłonnego do przygasania rychłego, podsycał, mówił z taką wiarą i znajomością rzeczy, a przytem poważnie i fachowo, że koił troski i zwątpienia.
Takie to rozmowy codziennie powtarzały się w salonie dworu pyszkowskiego, a na te pogadanki zjeżdżali się nawet okoliczni sąsiedzi, mocno zaniepokojeni tem i owem, co dochodziło do ich uszu z Warszawy i Modlina.
Plotek i prawdziwych wieści było stanowczo za dużo, bo z nich korzystali ajenci austjaccy i pruscy, o wszystkiem skwapliwie donoszący do Lwowa, gdzie pod opieką rządu austjackiego działał sprawnie wywiad rosyjski. Korzystali też z tego węszący po całej Polsce tajni szpiegowie, kierowani za rosyjskie pieniądze przez niejakiego Zangla, który miał wspólników pośród warszawskich Żydów.