Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Na placu odbyła się zwykła musztra. Kadeci przechodzili do ataku z okrzykiem „hurra“, padali na ziemię, błyskawicznie powstawali i biegli, rozsypując się w tyraljerkę, aż wreszcie rozpoczęli popisy gimnastyczne i bój na bagnety.
Cesarz, siedząc w głębokim fotelu, przyglądał się z zamiłowaniem ćwiczeniom wojskowym.
Skończywszy popisy, kompanje kadetów stanęły w szeregach nieruchome i strwożone pod badawczem, zimnem wejrzeniem cara.
Nagle Mikołaj zaśmiał się głośno i, klasnąwszy w dłonie, zawołał:
— Waśka, do mnie!
Od powozu cesarskiego nadbiegł lokaj.
Było to wybujałe nadmiernie chłopisko o barach szerokich, twarzy płaskiej i oczach wąskich i skośnych. Olbrzym miał na sobie czerwoną liberję, obszytą szerokiemi, złotemi galonami, przetkanemi czarnemi orłami dwugłowemi, białe pończochy i trzewiki z klamrami.
— Patrzcie, chłopcy! — rzekł ze śmiechem car. — Mój Waśka osadza konia w biegu i łamie podkowę, jak suchą gałąź. Kto, borykając się z nim, potrafi przez dwie minuty sprzeciwiać się temu siłaczowi, ten dostanie w upominku ode mnie złoty zegarek z orłem cesarskim. No, kto się chce spróbować z Waśką?
Z szeregów siódmej klasy wystąpił kadet, wysoki i mocny, jak młody dąb.
Po kompanjach przebiegł szmer głosów:
— Rodjonow... ten może borykać się najdłużej...