Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z forbotami na gładko uczesanych włosach, z ciężkiemi alszbantami na szyjach i z krzyżami, zwisającemi na złotych łańcuchach. Oczy portretów ożywały i gasły przy migotliwych blaskach woskowych świec, a odpowiadały im błyski w drapieżnych źrenicach zgromadzonych w sali kawalerów w szwedzkich i niemieckich strojach, ze szpadami i krótkiemi marynarskiemi sztyletami przy boku.
Wpobliżu drzwi, niby na straży, stały na drewnianych podstawach zbroje rycerskie, a wyżej połyskiwały miecze, bojowe topory, halebardy, nadziaki, kopje turniejowe, hełmy, tarcze i inna broń stara, snać, po przodkach przechowana.
Oczy gości były skierowane ku zamkniętym podwojom drzwi, gdzie stały dawne zbroje rycerskie, a obok nich w bezruchu do nich podobni dwaj giermkowie.
Podwoje szeroko się rozwarły i twardym krokiem na salę wszedł władca Filsandy, baron Ralf Palen, możny pan i jeszcze bardziej możny korsarz na Bałtyku, gdzie jego czarnej bandery ze strachem lub nadzieją wyglądali najwięksi potentaci na wybrzeżu szwedzkiem, brandenburskiem i pruskiem.
— Czołem! Czołem! — przeszedł szmer wśród gości, nisko pochylających się przed baronem.
— Czołem! — odparł wyniośle, obrzucając wszystkich swoim ostrym, przenikliwym wzrokiem.
— Co nowego w Polsce, Kurlandji, Inflantach? Król z niecierpliwością czeka na wieści od dostojnego barona — rzekł, występując naprzód, wysoki człowiek w czarnem, obcisłem ubraniu, ze złotym łańcuchem na piersi.