Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Schodkami, wykutemi w skale, długo szli na szczyt Filsandy, aż stanęli na krużganku zamku.
Baron Palen wskazał gościom piękne komnaty, gdzie musieli spędzić część swego życia dobrowolni banici. Jak długo mieli tu pozostawać? Co ich oczekiwało wśród tych grubych murów i sprzętów ciężkich, z hebanu rzeźbionych, tego nie wiedzieli.
— Boleśnie mi, że tyle troski i niepokoju wniosłam ze sobą do twego życia, Władeńku! — rzekła z westchnieniem pani Wanda.
Rycerz machnął ręką i odparł:
— Cóż ja ci na to, słodka moja, mogę powiedzieć? Wstyd mię żre na myśl, że nie potrafiłem obronić umiłowanej we własnym domu przed napaścią złych ludzi! Nie rycerska to sprawa. Wstyd mi, aż boli, aż łzy wyciska, co palą i gryzą!...
Długo i serdecznie przemawiała do męża pani Wanda, koiła jego ból i troskę a słowem pociechy i nadziei zapalała w nim nową ochotę do walki i życia.
Gdy zapadła cisza w komnacie, zdaleka doszedł i przedarł się przez grube błony w ołowiu okien głuchy huk bijących w skały bałwanów, wycie wiatru morskiego i nic poza tem. Myśleć mogliby, że są samotni na tej wyrosłej z otchłani morza skale.
Tymczasem pełno innych gości ukrywał w swych murach obszerny zamek możnego barona.
Stali oni w długiej, wąskiej sali, ponurej i ciemnej, gdzie ze ścian spoglądały żywemi i srogiemi obliczami portrety przodków: groźni komturowie zakonu, rycerze mieczowi i krzyżaccy, białogłowy w krezach, w haftowanych złotem szatach, agarantach,