Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie wzięli panowie Piotr Sapieha, Henryk Mohl i Komarowie.
— To dobrze! — zawołał baron, z wielkiej uciechy klaszcząc w dłonie. — Nie obłowi się na waćpanu mściwy i kryjący złość bezmierną pod maszkarą gładkich manier król! A chciałby on dosięgnąć waszmość pana, jeżeli nie na gardle, to na mieniu!
— O, nie wątpię! — zgodził się rycerz. — Praesertim obecnie, gdy otrzyma ode mnie pismo.
— Waszmość pisałeś do króla Zygmunta? — zapytał zdumiony baron.
— Tak jest! — kiwnął głową pan Haraburda. — Wypisałem wszystko, co duszę trapiło od lat, lecz nie prywaty, tylko krzywdy Rzeczypospolitej wyłuszczyłem. Ad finem dopiero pocieszyłem króla, frymarczącego Polską, posyłając mu wieść, iż miast mojej chudopacholskiej fortuny, zagarnąć może prawem kaduka lub na mocy jus albinagii stokroć wspanialsze posiadłości grafa Magnusa, bo, jak się zwiedziałem, po sobie potomków nie pozostawił...
— Orzeł śmiały z ciebie, rycerzu! — zawołał uradowany baron. — A czy, waćpan i waćpani, wiecie, o co zapytał kanclerz Zamoyski pana Leśniewskiego, który Zygmunta Wazę do Polski dostawił? Otóż kanclerz, ujrzawszy królewicza szwedzkiego, któremu chciał włożyć na głowę sławną koronę polską, rzekł:
„Jakieżeście to nieme djablę nam przywieźli?” Cha, cha, cha!
— Oj, zbłądził pan kanclerz, obierając tego króla, a nie szukając takowego na naszej ziemi! Widzi Bóg, inaczej wszystko popłynęłoby w Polsce, gdyby nie te