Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chłopstwa okolicznego. Załomotały cepy, wyrwane z płotów pastewnych żerdzie, zamigotały topory, zamiotały się piesznie i sękate kije; zrzadka buchnął strzał pistoletowy, błysnął w słońcu rapier rajtarski. Wkrótce ciemne mrowie ludzkie pokryło szamoczących się jeszcze Szwedów, aż wszystko się uciszyło i umilkło.
— Cóżeście narobili, ludzie! — wołał, przypadając do rozwścieczonych chłopów, pan Haraburda.
— My za swoją panią, co dzieciny nasze od zakłady choroniła, cich zbirów pobili, psia ich woroża krew!
Rycerz się zdumiał, bo wiedział, że chłopstwo zdradzało w takiej opresji kresowych panów i nie spodziewał się po nich wierności i ochoty do obrony.
— Dziękuję wam z duszy-serca! Tego wam nigdy nie zapomnę, ani ja, ani pani! — zawołał wzruszony.
Pan Haraburda podjechał do szlachty, dziękował im za pomoc i braterstwo, a potem skinął na pachołka dworskiego i rzekł do niego, wskazując na bladego, zlanego krwią Magnusa:
— Ten człowiek chciał porwać dziedziczkę i na życie nasze dybał. Masz wziąć dwóch chłopów i powiesić grafa na wierzbie na skrzyżowaniu dróg!
Zawrócił konia i pomknął ku Lipkowszczyźnie.
Szlachta pędziła za nim, wiwatując, wyrzucając czapki w powietrze i paląc z bandoletów.
Nikt nie mógł widzieć w tej chwili oblicza pana Haraburdy. Było ono posępne i trwogą okryte. Rozumiał bowiem młody rycerz, że zaszedł straszliwy wypadek, gdyż stanął, jako wróg, oko w oko z królem,