Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/279

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nych przez siebie i nienawiścią pałających kozaków na pomoc Rzeczypospolitej wołał.
Mea culpa, mea maxima culpa! — szeptał hetman, ręce gotów był łamać i wyć z bólu.
Lecz skrucha, łzy i zgryzota poniewczasie nie były owemi „sposobami, któremiby zarówno wszyscy z wygodą potrzebom Rzeczypospolitej zabieżali...“
Rozumiał pan Stanisław Koniecpolski, że odwrotu już niema, nie zapomniał jednak tej chwili bólu i ciężkiej obelgi i odbił ją w kilka lat później wraz z hetmanem Mikołajem Potockim na karkach uciśnionego kozactwa, wszczynającego pod wodzą Pawluka bunty rozpaczliwe, gdyż wiedziało, że szlachta odejmie wolnym ludziom stepowym wszelkie prawa i mienie, chcąc mieć tych, „których fortuna belli żywych servavit, za w chłopy obrócone pospólstwo“.
Od tej godziny hetman i pan Haraburda wiedzieli już, że tylko cud może ochronić Polskę od utraty morza. Zniechęcona szlachta, aczkolwiek bitna i wytrzymała, na okręty iśćby nie zechciała, więc losy armaty wodnej nadal spoczywać miały w rękach dzielnych najemnych komendantów i niepewnych ciurów okrętowych.
— Wasza dostojność, proszę o oddanie mnie pod rozkazy naczelnego wodza armaty! — rzekł stanowczym głosem rycerz.
— Przyjdź, waść, popołudniu do mej kancelarji, każę pismo do pana Dickmanna zgotowić! — odparł hetman i skinieniem ręki, jakgdyby gniewny, pożegnał pana Haraburdę.
Następnego dnia rycerz stawił się na fregacie „Święty Jerzy“, którą dowodził kapitan Storch. Trzy-