Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/275

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


a Gyllenhjelm zamknął nam zatokę Gdańską i tkwi przed nami ze swemi osiemnastu dobrze okrytemi orlogami. Gustaw-Adolf z wojskiem zaczaił się w Głowie i, chociaż nie sporo mu iść ku nam, jednak coś zamyśla, waszmościowie!
Marynarze słuchali w milczeniu, a, widząc, że hetman się nie odzywa, powstał Witt i rzekł:
— Już musimy odejść! Czas na nas!
— Nie zatrzymuję waszmościów, bo mam naradę z tym rycerzem — odezwał się pan Koniecpolski.
Komendanci, pożegnawszy hetmana i pana Haraburdę, opuścili izbę.
— Dopiero teraz zwolniłem się nieco, mopanku, — rzekł hetman — więc, jeżeli, ja ci powiadam, oczy ci się nie kleją, pogadamy!
— Jestem na rozkazy waszej dostojności — odparł rycerz, nalewając hetmanowi kubek miodu.
Ergo słuchaj i rozważaj cum animo attento, waść! — rzekł poważnym, niemal surowym głosem hetman. — Inter omnes constat, że flotę mamy słabą, aby czoło Gyllenhjelmowi i Sternskjoldowi stawić. Zrobiło się wszystko, quod possumus. Cud prawdziwy, że i taką armatę mamy! Cud, mopanku, ja ci powiadam! A i twoja w tem niemała zasługa! Brygantynę nam przywiodłeś i gdańskim możnym kupcom pokazałeś, co my na morzu potrafimy zdziałać! Tak jest, mopanku, nie trząś głową, ja ci powiadam! Ale źle jest...
— Źle? — szepnął rycerz.
— Źle... — powtórzył hetman i zafrasował się, głowę opuściwszy na pierś. — Bez potężnej floty nic nie wskóramy i zmoże nas wojną bez końca i wy-