Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/274

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w dłonie, krzyknął pan Haraburda. — Jak cię widzę, coś zrobił! Podwinąłeś żagle na grocie i bukszprycie, zwolniłeś biegu, przepuściłeś przed sobą szkutę i — czekałeś...
— Jako żywo, tak uczyniłem! — ze śmiechem zawołał Witt. — Szkuta machnęła naprzód, a my powoli suniemy ku Białej Górze. Gdy byliśmy o trzy strzały od Szwedów, ten oto Mor pobieżał ku nim i walnął z armat granatami. Rozbiegły się zaraz orlogi, a my z Magnusem od sztymborku i bakortu im zapływamy i ogniem spotykamy! Jedną orlogę na rufę tak nawaliło, że całą stewę z kilową ostrogą ponad wodę wyparło. Zmieszały się statki i sygnały o pomoc do swoich podawać zaczęły!... Ja zaś mam oko nad bitwą i widzę: szkuta moja już daleko, a Gustawowa flota zmienia halzę i ku nam lufuje. Pobiegliśmy wtedy ku cyplowi naszemu, przebiwszy się cudem!
— Siła wam ludzi poległo? — spytał rycerz.
— U Mora ze dwudziestu, u Magnusa — trzech ubito, na mojej brygantynie — pięciu i topgrotę przetrącono...
— Mało was było, przebóg! — rzekł z westchnieniem pan Haraburda.
W tej chwili rozległ się poważny głos ode drzwi:
— By ich było ze dwadzieścia okrętów, łacno mogliby utrudnić przystęp do naszego pobrzeża i wylądowaniu szwedzkiej floty impedimentum srogie uczynić!
Wszyscy się obejrzeli i zerwali się z miejsc. W izbie stał wielki hetman koronny, pan Stanisław Koniecpolski.
Podszedł do stołu i usiadł, mówiąc:
— A teraz tedy cała wraża armata stoi pod Pilawą,