Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/242

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


im oczy wydziobały, a plamiste hieny i płochliwe szakale ciała umęczone pożarły.
Gdańszczanie jednak doszli, bo ducha w nich krzepił wyniosły, spokojny rycerz, kroczący na czele swojej gromadki wytrwale i uparcie, oraz imć Kubala, który coraz to nowe żarciki obmyślał i w obieg puszczał, aż uśmiechać się doń zaczęli surowi jeźdźcy, chociaż hiszpańskich jeńców co chwila dzidą kłuli lub szablą cięli.
Ujrzeli nareszcie jeńcy wysoką basztę, odcinającą się na szafirowem niebie złotemi połyskliwemi kulami na szczycie i barwną emalją murów.
— Co to za niebotyk? — pytał Kubala.
— Kutubia! — zawołał nagle dowódca oddziału. Arabowie natychmiast z koni zsiedli i, opuściwszy się na kolana, modły zanosić zaczęli, mrucząc:
— La illah illa Allach u Mahomed rassul Allach...
Był to jeden z najbardziej czczonych na północy Afryki meczetów — Kutubia, zbudowany na rozkaz wspaniałego sułtana Almanzora, rękami hiszpańskich niewolników.
Patrząc na piękny minaret, wnuk dumnego kasztelana mińskiego nie myślał, że los przeznaczył go spędzić niemal rok w stolicy potężnych władców Mohrebu, gdzie w owe czasy panowali szeryfowie Saadien, tonąc w przepychu i otaczając się uczonymi, poetami i artystami z całego Wschodu. Tymczasem widział rycerz, jak się wyłaniały różowe, niby promieniami gasnącego słońca pieszczone mury, ściany pałaców, świątyń, lasy pierzastych palm daktylowych i korony ciemnych drzew pomarańczowych, oliwnych, migdałowych i figowych.